;
sobota, 04 kwiecień 2020 00:28

Miłość, nienawiść, czary.

Napisane przez
Oceń ten artykuł
(2 głosów)

    Uwaga wstępna: nie jestem ani psychologiem, ani psychiatrą. Nie znam się na psychice ludzkiej. Jestem czarodziejem, magikiem lub jeśli chcecie nazywać to bardziej napuszenie – magiem. Piszę o takich zjawiskach psychicznych, których sam doznałem, które obserwuje u innych, po swojemu, nie roszcząc sobie tytułu do wiedzy fachowej o nich. Natomiast piszę o nich jako albo narzędziach magicznych, albo zjawiskach, które istotnie wpływają na uprawianie czarów. W przypadku miłości i nienawiści chodzi o coś pośredniego między instrumentem, a niezależną siłą.

 


Także jak zwykle, drodzy czytelnicy, co wy sobie wywnioskujecie z tego tekstu, to wasza sprawa i wasze ryzyko. Bo wiedza o psychice ludzkiej to ważna rzecz, ale uprawiam ją w tym tekście w stopniu mikroskopijnym, natomiast magia dla mnie to godzenie świata z moją wolą (w bardziej ekstrawertyczny niż introwertyczny sposób), a nie dbanie o wasze dobro – chyba, że jest ono też moim.



Wasza asceza



   Tak jak w poprzednim tekście mam dla czytelników propozycję ćwiczeń: wyobraźcie sobie, że wasze życie ma charakter ruchu kołowego i cyklicznego. Następnie pokochajcie wasze życie, tak wyobrażone. Następnie znienawidźcie. Zróbcie to samo z ruchem liniowym. A potem spiralnym. Co najmniej trzy razy. Każda przeszkoda w tych ćwiczeniach dyskwalifikuje was jako czytelników tekstu. W sensie: nie powinniście sobie ich odpuścić pod żadnym pozorem, jeśli chcecie to czytać!


Ważne słowa wstępu


   Jeśli to czego chcesz jest tym czego kochasz, to to czego nie chcesz, tego nienawidzisz. A to, czego chcesz, to kochasz lub pokochasz. Te dwa twierdzenia są klamrą spinającą cały ten tekst, stąd piszę je na początku. Jeśli się zgubisz, wróć do nich. Dla jasności dodam: miłość należy rozumieć, czytając moje słowa, jako ściśle związaną z chceniem. I jednocześnie: bardzo wrogą twojemu chceniu. Miłość to śmierć, to lub ten ktoś, kogo kochasz, to twój wróg!

 


Osiągnie celu


    Miłość jest najbardziej obcą woli siłą w twojej świadomości, w twoim umyśle. Miłość to stan w którym to nie Ty, ale przedmiot twojej miłości Tobą rządzi, przyciągając. Dlatego miłość można uznać za ruch w celu zjednoczenia się z przedmiotem miłości – bo chcesz być najbliżej go i z nim zgodna. Oznacza to też, że czysta, wszechogarniajaca miłość najpewniej niweczyłaby całkowicie działanie w zgodzie ze swoją wolą, gdyby ją zrealizować. Nie tylko niszczyłaby Cię całkiem, zlewała z resztą świata. Działoby się to zupełnie od Ciebie niezależnie. Tak, owszem, w poprzednim tekście napisałem, że twoja anihiliacja i tak jest efektem działania w zgodzie z wolą, choćbyś nie kochało. Ale Ci z was, którzy czytali mój poprzedni tekst (a co polecam, bo są te dwa teksty większa całością) wiedzą też, że ja potrafię wciąż używać tego słowa, tego „ja“. Że jestem zdolny do wyrażania nawet bez niego treści w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Że jestem zdolny więc także, od czasu do czasu, do pamiętania o sobie. Pomimo tego, że ulegam zniszczeniu. Niszczeję i jednocześnie: powstaję z popiołów. „Pukam do niebiańskich drzwi, jak tysiąc razy wcześniej“, jak śpiewa nam Zimmerman. Jak to możliwe? Jak mi się to udaje*? Nienawidzę i potrafię to wykorzystać.


   Miłość może sprawić, że będziesz o sobie zapominał i dlatego jest bardzo groźna, choć nieunikniona. Oczywiście: samo w sobie to nie musi być złe. O ile tego chcesz, o ile chcesz siebie zapomnieć (a to bywa bardzo przydatne). Jednak co wtedy, gdy zapomnisz o sobie zanim zechcesz o sobie zapomnieć?


    Dlatego nienawiść, stan umysłu oczywiście przeciwstawna miłości, jest ważna dla tego, który chce iść tam gdzie chce, człowieka, który chce kierować się własną wolą. Do bycia, o ile masz osiągnąć sukces, mieć co chcesz i kochać to, potrzebujesz nienawiści. Musisz więc coś odrzucać, czegoś nie chcieć, odpychać od siebie, a w razie czego: zniszczyć to bez litości. Jednak czysta nienawiść to też błąd: nienawidząc wszystkiego musiałbyś się wszystko do siebie odepchnąć i zniszczyć. A nie możesz istnieć jako całkowicie oddzielny byt. Jesteś związana tysiącami nici z resztą świata. Najpewniej tylko dlatego o tym nie wiesz i zapominasz, bo maszyna do generowania twojej świadomości (czyli Ty) nie wyewoluowałaby z poprzednich form, gdyby miała być tak wrażliwa. Czyli kochając zbyt mocno tracisz możliwość robienia tego, co chcesz robić. Ale nienawidząc też: bo kochając zbyt mocno zapominasz siebie, natomiast nienawidząc odcinasz się tak bardzo od reszty świata, że zaczynasz łudzić się na temat samej siebie. Kompletnie. A iluzje nie chcą niczego naprawdę. Prawdziwa Wola, mówi wam to słowo coś?

 

 

    Co z tego wynika? To, że ponieważ na drodze swojej, adeptko własnej woli, najpewniej poczujesz miłość, i nienawiść, warto je zrównoważyć. Zwłaszcza ze względu na to, jakie one względem siebie są, i jakie są wobec Ciebie – co przedstawiłem powyżej. Jeśli to wam umknęło, streszczę: działając w zgodzie z waszą wolą i odnosząc sukces tracicie możliwość dalszego działania w zgodzie z wolą – bo osiągacie cel. Wiąże się to ściśle z waszą miłością do tego celu. Ale nienawidząc możecie się przed tym ochronić tylko wtedy, gdy zachowacie umiar w nienawiści.


    Nie, to nie znaczy, że musicie nienawidzieć i kochać swój cel zarazem, ale wydaje mi się, że jest to wysoce prawdopodobny efekt takiego balansu. Jeśli nie konieczny.


    No dobrze, ale czym jest ta miłość, to coś, co tam mocno czujemy? Co nas bezlitośnie szarpie w tym, a nie tamtym kierunku?



Miłość…

 

    Rozpoczynając moje przedstawienie omawianego bytu, zwracam uwagę, że między dwoma punktami, wobec których chcę, byście wprowadzali równowagę, nie panuje symetria. Miłość to nie jest tylko nienawiść inaczej i na odwrót. Miłość jest siłą ważniejszą, bo pierwotniejszą*. Nienawiść można zrozumieć tylko jako reakcję na skutki miłości. Choćby na to, że coś może wam utrudniać kochanie, więc nienawidzicie tego czegoś.


    Miłość zrozumiała jest bez poruszania tematu nienawiści: po prostu jest tym, co istnieje wraz z dążeniem do celu, czy szerzej: jest ściśle związana z intencjonalnym, zamierzonym działaniem**. To tym bardziej podkreśla ta jej charakterystyka wagę, jaką ma nienawiść dla czarowników,  i reszty magicznych żyjątek: miłość jest pierwotna, bazowa, rozumiecie ją bez pamiętania o nienawiści, a gdy zapomnicie o tym, by nienawidzić, zapomnicie najpewniej też o sobie.
No czym jest to nasze kochanie? Ma wiele postaci. Przede wszystkim: jest miłością matczynego ciała, które utrzymuje przy życiu, grzeje, pieści i karmi. I przez to całej matki. Jest miłością reszty rodziców, ile byśmy ich nie mieli – potem. Ludzi, którzy mówią nam, co robić, więc możemy się bawić beztrosko, którzy nas tula i pieszczą po matce (i jak najbardziej może być wśród nich sama matka). Dają wszystko co mają, byśmy mieli zaspokojone nasze potrzeby. I uczą nas, byśmy umieli żyć.

 


    Potem jest tym, co czujemy do naszych towarzyszy, kolegów, przyjaciół. W okresie dojrzewania płciowego zaczynamy natomiast czuć miłość erotyczną. Na końcu miłość jest miłością naszego potomstwa, naszego plonu, naszego dzieła.
Cała miłość służy życiu. Służy stworzeniu sobie warunków do rozmnażania i rozmnożenia się. Jesteśmy maszynami, które w każdej chwili swojego życia właśnie nastawione są na mnożenie zawartego w naszych komórkach materiału genetycznego. Informacji o tym, jak mamy rosnąć.


    Nie chodzi oczywiście o to, że każdy odnosi sukces reprodukcyjny. Ale każdy jest zaprogramowany, tak, by go szukać. I czuje to, co skłania go do szukania go, myśli o tym, jak go osiągnąć też i ostatecznie chce tego sukcesu, tej nagrody w sztafecie pokoleń w postaci swojego dziecka. Nie znaczy, że robi to bezbłędnie. Homoseksualizm jest np. wyraźnym błędem w poszukiwaniu partnera do rozpłodu. Nie jest przez to ani odrobinę gorsza dla homoseksualisty jego miłość od miłości heteroseksualnej. Natomiast nie istniałaby, gdyby nie było donoszących sukces reprodukcyjny osobników. I takich błędów jest mnóstwo w procesie rozwoju gatunku. I całe szczęście, że one są: wiele ludzkich wytworów, wspaniałych, pięknych i dobrych w ogóle nie przysporzyło ludziom potomstwa biologicznego. Ale gdyby nie było tych, którym ich dzieła przysparzają potomstwa, nie byłoby całego tego piękna, bogactwa, mądrości, wszystkich tych skarbów. Ktoś musi przekazywać wielkie dzieła, a gdyby ludzie wymarli, to istnieje szansa, że nic by nie przetrwało. Pamiętajcie o tym.


    Nie jest też niezbędne do szukania sukcesu przez osobników naszego gatunku świadome jego szukanie. Być może jest wręcz przeciwnie: to, że ukrywamy przed samymi sobą i innymi, że ciągnie nas do rozmnażania, może ułatwiać proces. Jak sama aktywność umysłowa ułatwiająca rozmnażanie. Tak, to znaczy, że mechanizmy nami rządzące sprzyjają szamo-oszukiwaniu się w podstawowych sprawach.


    Przeczytajcie teraz fragment zaczynający się od tytułu „Miłość…“ jeszcze raz. O czym nie napisałem?


    O miłości do siebie. Bo w miłości jest porządek. Miłość do innych jest w nim ważniejsza od miłości do siebie. Miłość do siebie, jak i samo odczuwanie siebie i pojmowanie, to tylko funkcja pomnażania genów, które pierwotnie generuje miłość, a dopiero potem egoizm i samolubstwo, czyli właśnie miłość siebie. Tak, mam nadzieję, że to boli: jesteśmy tylko narzędziem naszego DNA, a przecież to jest śmiertlena rana na naszej dumie. Kroczymy, pyszni, jak spasione krowy, po to, by ten bóg nas doił i gdy jesteśmy zbędni, wyrzucał na śmietnik, pewni, że to nasz wybór.


    Lubicie słuchać o tym, jak bardzo jesteście ponad stadem, należycie do elity, posłuszni tylko waszym własnym prawom i pod opieką posłusznych, i dobroczynnych wam sił? To zdajcie sobie sprawę z tego, że każdy wasz oddech służy przekazaniu zupełnie bezsensownej dla was informacji, oderwanej od tego, kim jesteście. Np. o tym, że w pewnym momencie wasze komórki mają zrakowacieć. Albo, że wasz organizm, mający taką, a nie inną odporność, zapisaną „w waszej krwi“, powinien zachorować. I że nie znajdziecie sobie bratniej duszy z którą moglibyście się fizycznie kochać, bo wbudowany w selekcję partnerów seksualnych mechanizm wskaże komuś kogoś innego.


    A wszystko to w ramach życia zbiorowego, do którego oczywiście jesteście wytresowani. I wszystko to poprzez miłość i w ścisłym z jej uprawianiem związku. Miłość, której przecież nie odrzucacie, której chcecie w swoim życiu. Ba, gdybyście ją odrzucili, to byłoby wam jeszcze gorzej.


    Cóż, zasługujecie przez to na wszystko, co was spotyka. Jak i oczywiście ja.



… i nienawiść jako zawsze ta sama



    Nienawiść to to, co czujecie, gdy coś przeszkadza wam w waszej drodze do celu. Motywuje was do walki i niszczenia przeszkód. Jak napisałem: jest podporządkowana miłości. Należy dodać: jest od niej prostsza i jest wyrazem dojrzałości jednocześnie. Jej zaczątki pojawiają się w trakcie przykrych narodzin (dla większości narodziny są przykre) i odstawienia od piersi matki: wtedy najpewniej pierwszy raz zaczęliście ją czuć czy raczej przeczuwać, wtedy zaczęła kiełkować. Ale wtedy jeszcze nie miała tak wyraźnego kształtu, jak obecnie***.


    Prostota nienawiści jest bardzo ważna. Nie ma dziecięcej nienawiści czy nienawiści rodzica: jest po prostu nienawiść. Zwierze nienawidzące jest indywidualne przez to, jest o wiele bliższe od zwierzęcia kochającego. Owszem, najlepiej przedstawia nienawiść obraz nienawidzącego dziecka, bo jest ona w nim niezamaskowana. Ale jednocześnie: co jest bardziej złe, bardziej zrywające z „naturalnym“, właściwym znaczy się i przepisanym z zewnątrz, porządkiem, niż dziecko które nienawidzi? Zwłaszcza swojego rodzica, bo ten, dla jego dobra nie chce dać mu słodyczy i każe iść spać?


    Choć miłość jest pierwotniejsza w porządku ludzkiego życia, to nienawiść jest powszechniejsza: bo trudno mieć co się chce. Wzrost oznacza pojęcie swoich granic, które bolą. Uzmysłowienie sobie, że dziecięcy płacz nie działa i nie dostajemy juz pokarmu. Że nie wolno nam wszystkiego. Ze kolega lub koleżanka nie chce się z nami bawić w to co, my chcemy. Że ten ktoś, kto wydaje się całym światem woli kogoś innego. Albo gorzej: po prostu nas nie chce i woli samotność. Że choć kocha, to nie jest taki, jaki byście chcieli. No i, że nasze dzieci, te biologiczne i te tylko metaforyczne, nie słuchają się nas lub giną. Świat uwielbia mówić nam nie.


    Wraz z naszym rozwojem, nienawiść uczy nas odrzucania tego, czego nie możemy mieć i to jest jej podstawowa funkcja. Jest narzędziem pragmatycznego poznania nas samych: czując ją wiemy, czego nie możemy i stawia nas w sytuacji, w której musimy podejmować decyzję: co wziąć, co odrzucić. Czujemy się zmuszeni przez nienawiść do wyboru, do zdecydowania się na jedną z dwóch rzeczy, które nie godzą się ze sobą.


    Znienawidzimy rodzica, lub to czego nam odmawia. I przyjazną osobę, lub siebie, by się przypodobać. I tego, kogo chcieliśmy kochać (czy to nasz twór, czy kogoś, z kim chcieliśmy być), lub siebie. Stajemy się tym, czym jesteśmy bardziej w ten sposób. A jesteśmy oczywiście wielkimi replikatorami programu na rośniecie życia. Trybami wielkiego mechanizmu****.


    Nienawiść wiec zamyka nas po tym, jak miłość otworzyła, na świat i daje w efekcie tą, a nie tamtą osobę.



Interludium



    Ani miłość, ani nienawiść, nie są same w sobie żadną gwarancją sukcesu w magii. Czując je po prostu i nic nie dodając, wypełniasz cudzy (i w zasadzie niczyi) przepis na życie. Tyle, że wypełniasz go w swoim umyśle. I to miejsce jest ważne: bo można manipulować własnym umysłem. Ludzie robią to od co najmniej 10 000 lat, odkąd zaczęli montować współczesną cywilizację. Stawiają znaki, a umysł idzie za nimi. I przynajmniej dla mnie to jest bardzo istotna część magii.
I zadajmy sobie pytanie pomocnicze:  co jest w ogóle charakterem tej cywilizacji? Przezwyciężanie granic. Tak więc stawiając znaki możesz kierować i miłością, i nienawiścią tak, by przekroczyć zakreślane przez nie granice. Taką stawiam hipotezę.


    Wymienione powyżej uczucia ograniczają Cię doskonale i pozbawiają Cię woli, choćbyś całe życie tylko zaklinał wszystko, co Cię otacza. I są nieuniknione dla większości ludzi. Wydawałoby się to sytuacją beznadziejna, bo nie widać ucieczki przed nimi. Co więc robić? Może uczynić i nienawiść, i miłość tak intensywnymi, że wszechobecnymi – przynajmniej zbadamy wtedy wszystkie ich przypadki, odmienimy je przez nie? Miłość i nienawiść dotyczą głównie ludzi – i jak najbardziej powinny przede wszystkim ich dotyczyć. Ale skoro dotycząc ludzi, to dotyczą wszystkiego, z czym ludzie sa powiązani. A ostatecznie, jak wszystko, ludzie powiązani są ze wszystkim, a na pewno: z samym procesem życia. Jeśli poszczególne jego elementy nie dadzą nam rozwiązania naszego problemu, a nie mamy nic poza naszym życiem, to może skierować je na wszystko co mamy? I potem na świat ludzki, ludzi z którymi one nas wiążą i w końcu na siebie? Oczywiście, możemy się mylić i nic nam to nie da, a życie może być tylko pułapką i niczym więcej. Albo to co bedziemy robić pogorszy jeszcze sytuację i pętla zaciśnie się jeszcze mocniej*****. Ale albo jest rozwiązanie, albo magia jest tylko rodzajem wysublimowanej masturbacji******. Powtórzę to, co napisałem już gdzie indziej: nie oferuję żadnych gwarancji. I serio nie szanuję ludzi, którzy w ramach magii oferują. Jeśli wolisz wybierać to co bezpieczne w czarach lub pewne, to może jednak lepiej, byś znalazło sobie jakiegoś kapłana, który powie Ci, co masz robić?

 

O nienawistnych i miłosnych absolutach, skierowanych na całą biologię

 

    Skoro jesteśmy już przy wszechogarniającej miłości i związanej z nią ściśle wszechogarniającej nienawiści, chcę powrócić do medytacji nad trzema rodzajami ruchu. W tym momencie przekonacie się, czy na coś zda się wam ten tekst – jeśli rozbieżności wynikające z tej poleconej przeze mnie medytacji dały zbyt rozbieżne efekty od moich, możecie go skreślić. Przepraszam, że zająłem wam czas, miłej drogi, cześć. Także: albo macie potrzebne składniki do tego, co teraz opiszę, albo żegnam. Bo może domyślacie się, że uprawialiście, uprawiając zaleconą, umysłową gimnastykę, miłość i nienawiść w najszerszej, i najintensywniejszej postaci? Miłośc do trzech form życia, które wydają mi się godne uwagi. Nie: jedynych form i jedynie ważnych. Po prostu przydatnych do celów wskazywanych przez te słowa, które tu piszę.


    Oczywiście nie jest konieczne, byście w ogóle, bez mojej asysty, doszli do dokładnie tych samych skutków, które opisuję poniżej. Ale musicie być zdolni do przeprowadzenia zabiegu opisywanego na podstawie waszej pracy, którą zleciłem na samym początku artykułu. Jeśli się nie da, to się nie da i nic już nie mogę poradzić.
Skutkiem pierwszej medytacji, nad ruchem kołowym, powinno być uchwycenie miłosci do stabilizacji i poczucia, jak nienawiść do niej przeradza się w ucieczkę do przodu, w ruch liniowy. Miłość do ruchu liniowego dać powinna dążenie do rozwoju, nienawiść: poczucie bezsensu, bo w ruchu liniowym nastepujące po sobie kroki nie tworzą żadnej całości, a życie traci jakikolwiek sens. Ruch spiralny, który jest umiłowany, daje w efekcie radość tworzenia – układania na nowo zastanego materiału, co powoduje, że w ramach zataczanej spirali następuje przesunięcie i nie jest ona tylko kręgiem, ale rośnie. Nienawiść do życiowej spirali daje poczucie wszechobecnego trudu, tego, że wszystko ostatecznie jest cierpieniem, znoszeniem czegoś przykrego. Ja widzę jedną tylko możliwość wyjścia z tego cierpienia: akceptację go. Brak trudu w aktywnym, twórczym trudzie. Nie-działanie, które nie jest w żadnym stopniu biernością. Jest tylko aktywnością doskonalszą.



Kończąc

 

    Oczywiście nienawiść do całego życia mogłaby po prostu prowadzić do przerwania go. Do samobójstwa. W tym tekście wykluczam to rozwiązanie – kto by się na nie zdecydował, nie interesuje mnie. Gdybym sam zdecydował się na samobójstwo, to przecież sam przestałbym po nim być dla siebie interesujący. I najpewniej: po to bym je popełnił, by się już z sobą nie męczyć. Na razie gra się toczy, ja świetnie się nią bawię i nie mam w planach zabicia siebie.


    Tekst ten też wyklucza ludzi, którzy próbowaliby kogokolwiek szantażować możliwością zabicia siebie. Jeśli skłaniasz kogoś do działania grożąc zabiciem siebie, jeśli ten ktoś nie wykona twojej woli, to nie masz swojej woli. Bo twoje życie należy do osoby, która Cię wybawiła. Jesteś jej bydlątkiem, należysz do inwentarza. Może kiedyś mnie twoja władczyni Tobą poczęstuje. Albo produktem z Ciebie. I tylko w takim zakresie chcę o Tobie myśleć, tylko więc tak o Tobie myślę i tym jesteś, bo ja tak o Tobie myślę.


    Na pewno natomiast nie piszę dla Ciebie i jak najbardziej Tobą gardzę, jeśli próbujesz swoim pobekiwaniem mi przerywać lub jak koza chcesz zeżreć coś, co nie jest dla Ciebie. Nie potrzebuję niewolników, w tym samym stopniu, jak zbędni mi są władcy i władczynie.


    Natomiast oczywiście źle Ci nie życzę, smacznego.


*i czy przypadkiem po prostu nie kłamię?

**i tu drogi doktorze Hyatt sie niestety rozstajemy. Podobno nie zależało Ci na moralizmach, więc nie moralizuj z tych twoich Zachodnich Ziem. Dzieli nas rzeka, której nie możesz już przekroczyć, amirajt?
**nie znaczy to, że nie można kochać zupełnie nieintencjonalnie. Tylko, że ostatecznie interesuje nas działanie intencjonalne, skoro chcemy robić swoje, prawda?
*** tak, ten tekst jest dla osób dorosłych, tak, jeśli nie jesteś taką osobą, odpuść sobie.

**** być wolicie o nim myśleć jako organizmie? Ależ proszę, nazywajcie go organizmem. Dalej on może nie myśleć i nie czuć, nie odczuwać nawet bodźców typu dotyk, smak, zapach itd., a dalej będzie działał. Zupełnie jak każdy inny mechanizm. Życie psychiczne pojawiło się na świecie mnóstwo czasu po tym, zanim świat powstał i tylko dlatego, że powstał, jako nieczuły, ślepy, tępy i bezmyślny byt. I mogłoby zniknąć, a świat dalej byłby, ba: byłby fascynujący dla umysłu wykazującego się choć odrobiną życia. A martwy umysł to żaden umysł.
*****jako głupiec noszę ją na kostce, nie na szyi, więc boję się mniej. Mądrości magiczne pozostawiam oczywiście innym i mam nadzieję, że czują, jak one ich duszą?
****** w takim razie magowie chaosu są największymi wygranymi.

Czytany 519 razy Ostatnio zmieniany sobota, 04 kwiecień 2020 01:36

Najnowsze od Neko

1 komentarz

  • Link do komentarza Johnny Quciksilver sobota, 02 maj 2020 15:33 napisane przez Johnny Quciksilver

    Autor pogrąża się, ponieważ zapomniał o drodze powrtnej z ruchu spiralnego do kołowego, co dopiero domykałoby ten czar, czy medytację, czy co to w ogóle jest. Ruch od ruchu kołowego w stronę spiralnego może i pozwala osiągnąć wu-wei, ale nie pozwala odnowić się agape, która jest tu ewidentnie paliwem całego procesu. I którą najlepiej wyraża kompletna akceptacja zawarta w umiłowaiu ruchu kołowego. I gdyby autor sam siebie czytał, to nie połpeniłby, tego błędu. Także, kiciuś, obudź się!

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.