;
niedziela, 04 marzec 2018 17:31

Maść czarownic

Napisała
Oceń ten artykuł
(1 głos)

Jak to było
Aby uciec przed smutkami postanowiłam napisać coś... ciekawego, co mnie kiedyś zainteresowało, a co w dodatku będzie na granicy "umieszczalności" . Mój wybór padł na czarownice, a konkretnie ich nocne loty na sabaty i magiczną maść, która miała im to latanie umożliwiać. Oczywiście jak na wiedźme przystało - w ujęciu bardzo technicznym.
Jeżeli jednak jesteś wiccanką (i może ci się takie ujęcie sprawy niezbyt spodobać), albo nie masz jeszcze osiemnastu lat - ostrzegałam. W końcu mówimy o kobietach i kijach od mioteł, czy też spółkowaniu z Szatanem. Chcesz sporządzić taką maść i polecieć na sabat? No zobaczymy... Zapraszam dalej w otchłanie tej... technicznej etnografii?

 



Jak powszechnie wiadomo czarownice były oskarżane m.in. o uczestnictwo w sabatach. Sabat odbywać miał się w czasie pełni księżyca na niedostępnych, łysych szczytach. Miejscowości, gór, a nawet małych pagórków (jeden taki zajduję się kilkaset metrów ode mnie) o nazwie Łysa Góra jest w Polsce sporo. I z większością z nich związane są legendy o sabatach.
Załóżmy, że jesteś czarownicą. Jest już wieczór, pełnia księżyca. Zatem oczywiście dobywasz swoją skrzętnie ukrytą magiczną maść (wedle podań jest najczęściej zielona). Tak, taką właśnie jaką smarowała się Małgorzata przed balem, jej składem zajmiemy się później. Smaruje się nią skórę, tam gdzie jest najcieńsza (pachy, pachwina), a także w miejscach, które uprzednio się pociera, aby lepiej się ukrwiły (często czoło, uda, nogi). Oczywiście wszystko najlepiej wykonywać całkowicie nago. Następnie smarujesz maścią również... kij od miotły. Siadasz na niej okrakiem i już po chwili odrywasz się od ziemi. Czujesz jak wiatr rozwiewa twoje włosy, czujesz pęd, prędkość i przyjemność z tego lotu. Następnie uczestniczysz w biesiadzie na szczycie najbliższej Łysej Góry. Uczta z biegiem czasu zmienia się w wyuzdaną orgię, w której największej przyjemności dostarcza ci spółkowanie z samym Księciem Piekieł, ewentualnie jakimś pomniejszym demonem. Co jednak ciekawe, w relacjach "czarownic" często pojawiała się wzmianka o... zimnym przyrodzeniu tychże.

 

 


 


Przyznacie, że brzmi to jak opis... użycia psychoaktywnego środka. Już w XV wieku pierwsi śmiałkowie (ponoć pierwszy kazał to wypróbować żonie - sam się bał) postanowili wypróbować maść czarownic. Skutki zdziwiły ich samych. Osoby nasmarowane maścią zapadały w sen, miały wrażenie lotu i przyjemne doznania seksualne. Oczywiście nie ruszając się z miejsca...
Co ciekawe - wrażenia te były tak realne, że osoby te dawały sobie uciąć rękę (dosłownie) w zapewnieniu, że nie kłamią i że przeżyły to naprawdę.
Z pewnością wielu z was w tej chwili chce sobie taką maść sporządzić. Niech ostudzę ten zapał. Większość przepisów jakie przetrwały wygląda mniej więcej tak (stylizacja):
Weźmij jagód kilka pokrzyku, pół tataraku, trochę ziaren bielunia i wywar z pietruszki. Zebranych tylko o pełni księżyca! Dodaj do tego tłuszczu noworodka i krew nietoperza, oraz trochę ropuszego jadu. Następnie przez 7 dni trzymaj to razem, mieszając każdego wieczora trzy razy w prawo i trzy razy w lewo.


Mnóstwo podobnych możecie znaleźć w internecie. Jednak mają one wszystkie cechy wspólne. Po pierwsze - we wszystkich występuje jakaś roślina (albo kilka) z rodziny psiankowatych. U naszych czarownic były to najczęściej pokrzyk (czyli wilcza jagoda), bieluń dziędzierzawa, czy lulek czarny. Na południu Europy również legendarna mandragora (która w gruncie rzeczy niewiele różni się od naszych wilczych jagód). Wszystkie te rośliny zawierają alkalolidy tropanowe (głównie jest to hioscyjamina, atropina i skopolamina). Kiedyś modnisie używały ich do rozszerzania źrenic (stąd inna nazwa pokrzyku - belladona). Nie są to jednak środki bezpieczne - przyspieszają bicie serca, działają depresyjnie, powodują delirium, mogą doprowadzić do śmierci. Dawka śmiertelna jest naprawdę niewielka. Skopolamina była używana przez CIA w projekcie serum prawdy. Jednocześnie rośliny te są (a raczej były) uważane za... afrodyzjaki.
Inne składniki to również trujące rośliny. Pietruszka z przepisu to nie znane nam warzywo, a pietruszka psia, czyli szczwół plamisty, który zawiera koniinę, która działaniem przypomina kurrarę. Stosowano również zimowit jesienny (z zabójczą i niezwykle silną kolchicyną), oraz cykutę (szalej jadowity), o której chyba nie muszę się rozwodzić.
Składniki takie jak krew nietoperza, skrzydła ważki itp. miały zapewne na celu to samo co zbieranie roślin o pełni księżyca - czyli jedynie "umagicznienie" przepisu. Ich działanie jest najprawdopodobniej żadne, ogranicza się co najwyżej do efektu placebo. Co innego jad ropuchy, czy też salamandra. Te z kolei, oprócz wybitnie magicznego charakteru, przejawiają działanie na organizm człowieka - nie muszę chyba mówić jakie.
Z kolei tłuszcz (oczywiście nie musi być niemowlęcy, patrz wyżej) miał za zadanie nadać wszystkiemu konsystencję maści, oraz... zabezpieczyć przed wychłodzeniem organizmu. Istnieje anegdota, wedle której odradzający się ruch wiccan w Wielkiej Brytanii zastosował pewnego razu zbyt mało tłuszczu... Efektem była śmierć kilku osób z powodu zapalenia płuc - przypominam, że robiło się to nago, taki "trip" trwać mógł kilkanaście godzin. Dodajmy do tego niezbyt przyjemną pogodę... Tak, z pewością nie należy żałować tłuszczu
Spotykany czasem dodatek popiołu miał natomiast zapewne zmydlić tłuszcz (popiół tworzy z wodą zasadę).
W większości tych przepisów razi równie brak dokładności. Bo ile to jest trochę, garść, albo kilka? Trzy, cztery, osiemnaście, a może pół? Wystarczy kilka jagód pokrzyku, albo ziaren bielunia by spowodować śmierć...

 

 


 


Teraz garść uwag na temat samego smarowania. Wszystkie te trujące i halucynogenne związki były aplikowane na skórę. Oczywiście najłatwiej wchłaniały się do krwi tam, gdzie skóra była najcieńsza (pachy, pachwiny). Pisałem również o pocieraniu do czerwoności pewnych miejsc, aby lepiej je ukrwić. To chyba jasne, że czarownice nie chciały marnować tak cennej maści i uzyskać efekty przy minimalnej jej dawce. Ale dlaczego smarowały również kij od szczotki...? Tak, dobrze myślisz - wielu naukowców skłania się ku twierdzeniu, że czarownice dosiadały mioteł w sensie... dosłownym. Wchłanianie składników do organizmu przez błony śluzowe było poprostu jeszcze wydajniejsze. Tłumaczy to również dwie kwestie - owo zimne szatańskie przyrodzenie i pochodzenie atrybutu miotły. Jeżeli dodamy do tego, że czarownice był często kobietami samotnymi...

Czy jest to cała prawda na temat rzekomych sabatów czarownic? Wszystko na to wskazuje. Chcę zaznaczyć, że nie jest to jakaś moja zmyślona teoria. Jednocześnie czuję się w obowiązku ostrzec wszystkich przed stosowaniem takiej maści, albo zażywaniem któregokolwiek z jej trujących składników. naprawdę przypadki śmiertelne nie należały do rzadkości...

Przepis
4 wilcze jagody, pol tataraku ,20 ziarenek bielunia i jedna gałązka, wywar z pietruszki, gałązka szczwoju.

Zioła zbieramy przy pełni, składniki łączymy smalcem zwierzęcym i rozbijamy na gładką konsystencje, trzymamy zamknięte w słoiku mieszając 2 razy dziennie 3 razy w prawo i lewo.
smarujemy pachwiny.
milych lotow

Okulta: Lilith666 Black Moon

Czytany 1788 razy Ostatnio zmieniany niedziela, 04 marzec 2018 17:52
Więcej w tej kategorii: « Potteromania Czat Ezoteryka »

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Polecamy

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.